Geoblog.pl    wnieznane    Podróże    Kontynuując podróż, czyli powrót na azjatycki szlak    Praca biura imigracyjnego w Medan
Zwiń mapę
2011
09
lut

Praca biura imigracyjnego w Medan

 
Indonezja
Indonezja, Medan
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 13523 km
 
Do Medan dojeżdzamy około 7 rano. Roździelamy się. Monika i Fiona jadą na Samosir i tam na mnie zaczekają. Ja zostaje w Medan w celu przedłużenia wizy pobytowej...

Nocuje w znanym dla mnie "Blue Angel". W hotelu spotykam włocha Aldo, którego poznałem na wyspie Rubiah.
Aldo również próbował przedłużyć swoją wizę pobytową w Medan, ale po problemach postanowił opuścić Indonezje i wylecieć do bardziej przyjaznego wizowo kraju. Nie brzmi to dla mnie zbyt dobrze.
Aldo jest ciekaw jak mi pójdzie z wizą, więc do biura imigracyjnego jedziemy razem. Udało mi się spreparować bilet potwierdzający wylot powrotny z Indonezji, ale nie mam sponsora (czyli Indonezyjczyka, który zagwarantuje swoim nazwiskiem, że opuścimy kraj w terminie ,a jeśli tego nie zrobimy to pokryje koszty naszej deportacji). Sponsora można znaleźć za około 50000 rupi. Wystarczy popytać obrotnych recepcjonistów (np.w/w Blue Angel).
Najbliższe biuro imigracyjne to "Polonia Imigration". "Beca" kosztuje nas 15000 rupi. Dojeżdzamy po ok. 10 minutach. Tam pytają mnie o miejsce pobytu i wysyłają do znacznie oddalonego Kantor Immigrati. Dojeżdzamy tam busem nr.64 po ok.40 minutach.
Po drodze Aldo opowiada mi o swoich problemach z wyrobieniem wizy, o opieszałości urzędników i o celowym przedłużaniu i opóźnianiu procedur ,aby wydobyć zapłatę za przyspieszony tryb. Aldo nie chciał zapłacić i wolał wyjechać, ale Kanadyjka z którą był poprzedniego dnia zapłaciła "pod stołem" 150000 rupi.
Docieramy na miejsce. Biuro do przyjmowania wniosków o przedłużenie pobytu znajduje się na piętrze. Kilka osób w kolejce. Sytuacja nie wygląda źle. Wydaje się ,że szybko zostaniemy obsłużeni, ale przez kolejne 40 minut w okienku nie pojawia się nikt z urzędników, a jeśli się pojawia to bynajmniej nie po to żeby się nami zainteresować. Za szklanymi drzwiami widać za to kilkunastu urzędników z nogami na stole wpatrujących się bezmyślnie w zawieszony pod sufitem telewizor.

- Dosyć tego! - mówię do Aldo podniesionym głosem, - idę zburzyć im azyl spokoju!

Otwarłem szklane drzwi i zaczynam robić zamieszanie. Latam z teczką dokumentów od urzędnika do urzędnika zadając szybko i głośno dziesiątki pytań. Próbują mnie wyprosić mówiąc, że to strefa służbowa. Ochroniarz popycha mnie do wyjścia. Stoje w zaparte ,nie słucham co do mnie mówią i ponownie atakuje ich dziesiątkami pytań. Czuje ,że mi się dostanie za tupet, ale przynajmniej biuro się na chwile ożywia. Urzędnicy podnoszą tyłki z krzeseł i wracają do swojej pracy. W okienku pojawiają się dwie osoby i zaczynają obsługę. Chwile potem wywołany jestem do prywatnej części gdzie czeka na mnie urzędnik Saggadih (Jestem przyjęty na 10 minut przed zamknięciem biura). Rozmowa z urzędasem jest mało konkretna i pozbawiona sensu. Wszystko idzie w złym kierunku. Saggadih przegląda chaotycznie moje papiery, przeżucając je mechanicznie z ręki do ręki. Każe mi napisać list z uzasadnieniem dlaczego się staram o przedłużenie wizy i co jest powodem. Straszy mnie długim oczekiwaniem co grozi mi przekroczeniem legalnego pobytu i karą po 20 USD za każdy dzień overstay. Kopiuje mi regulacje urzędu imigracyjnego i gra na czas po to żeby minute po 12 tej zamknąć moją teczkę i powiedzieć z szelmowskim beszczelnym uśmiechem na twarzy, że już nic dla mnie nie zrobi, bo właśnie skonczył pracę i zaprasza na jutro. Przy okazji mówi mi na koniec, że mają dużo pracy i mam małe szanse na załatwienie tego w terminie ale czasem się zdaża ,że potrafią wykrzesać jednak trochę siły i załatwić to nawet w jeden dzień tylko musi im na tym zależeć jak ktos ich odpowiednio zdopinguje (Nasze CBA miałoby tam też niemało roboty).
Po tej rozmowie jestem pewien tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze: - nie pozostanie mi nic innego jak zapłacić pod stołem! Po drugie - Saggadih na mnie nie zarobi! Rzucam mu na odchodne ,że wiza mnie tak wogóle to zupełnie nie interesuje, że jestem tylko dziennikarzem (kolejny blef) i zbierałem materiały do artykułu pod tytułem "Praca biura imigracyjnego w Medan".

Wracam do hotelu i sięgam po koło ratunkowe. "Gdzie diabeł nie może tam babe pośle". Na odsiecz przyjeżdża Czitra, czyli Indonezyjka , którą poznałem na Samosir.

- Czitra potrzebuje załatwić wize na miesiąc czasu, na odebranie paszportu nie mogę czekać dłużej niż do następnego dnia i napewno nie chcę ponownie widzieć uśmiechniętej twarzy urzędnika Saggadih.

- A kiedy się kończy twoja stara wiza?

- No właśnie problem w tym ,że jutro.

- Będzie ciężko, bo według przepisów powinieneś się zgłosić na tydzień przed końcem ważności poprzedniej wizy, ale spróbujemy załatwić. Nic się nie martw to Indonezja. Tu jeśli płacisz to masz co chcesz i tak jak chcesz...

Za "tak jak chcesz" zapłaciłem 500000 rupi (normalny koszt miesięcznej wizy to 250000), ale nawet nie musiałem sie pojawiać w imigracyjnym. Jednego dnia dałem paszport, drugiego dostałem z powrotem już z pieczątką.

W Medan podczas rozwiązywania mojego problemu wizowego spędziłem trzy noce. Pierwszą w hotelu "Residence" na lewo w bocznej uliczce od hotelu "Blue Angel". Niezłe warunki, porównując do hoteli w pobliżu. Ceny zaczynają się od 50000 rupi, za 110000 są pokoje klimatyzowane, a w hotelu działa dosyć sprawnie wi-fi, mankamentem jest to ,że znaczna część pokoi pozbawiona jest okien ,ale tak jak i większość pokoi w hotelach obok (np.Zakhia, Blue Angel) więc różnicy dużej nie ma.
Drugą noc spędzam w pokoju znajomej Czitry (okolica to coś jak mały slams) za sąsiadki mając prostytutki i ladybojów, ale pokój (też bez okna) po znajomości za darmo więc otoczenie nie grało zbytniej roli (czynsz miesięczny za pokój w tej okolicy z klimatyzatorem i łazienką na zewnątrz to 800000 rupi). Poznaje przy okazji kilku miejscowych m.in. policjanta, który pracuje w wydziale wewnętrznym (zarabia do 3mln.rupi miesięcznie) i gdy kogoś nakryje na nadużyciach to żeby dorobić do marnej wypłaty zwykle bierze łapówkę i ukręca sprawę (normalne w Medan mówi). Trzecią noc spędzam u rodziny Czitry na peryferiach Medan. Rodzina Czitry utrzymuje się z produkcji mleka i masła kokosowego. Dają pracę młodym chłopakom z pobliskiego sąsiedztwa. Zwykle po dniu pracy zostają oni dłużej, aby przy szklance tuak (tu też się pija wino palmowe) dokonczyć dzień na rozmowach i śpiewie.

Czwartego dnia z samego rana ze świeżą miesięczną wizą w paszporcie wracam ponownie na Samosir, uwalniając się w końcu od miasta Medan i od imigracyjnych problemów.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
wnieznane
R. Tramp
zwiedził 8.5% świata (17 państw)
Zasoby: 180 wpisów180 126 komentarzy126 2097 zdjęć2097 67 plików multimedialnych67